Reklama

Karkonosze - historia i legendy cz 15

13/12/2013 04:27

Naiwny muzykant

Pośród młodzieńców na Śląsku był kiedyś pewien chłopak, który uważał, że potrafi śpiewać i grać na swej lutni lepiej od innych. Kiedy siedzieli w wesołej gromadzie przy kielichu i śpiewali wesołe piosenki, wtedy pozwalał sobie tak donośnie śpiewać i uderzał z taką siłą w struny, że każdy musiał zwrócić na niego uwagę. Nikt mu w tym nie przeszkadzał, ale umacniano go w jego naiwnym mniemaniu i mówiono mu z zacnymi minami, że jest wielkim muzykiem, który jeszcze rozsławi Śląsk.

Chłopak był zadowolony ze swych umiejętności. W końcu przyszło mu do głowy, że powinien je zaprezentować przed Duchem Gór. Władca Karkonoszy pomógł już tak wielu biedakom w potrzebie. Dlaczegóż, więc nie miał by sprawić Duchowi trochę przyjemności? Jego gra powinna być przyjemnością również dla Ducha Gór – o tym jego naiwne serce było mocno przekonane. A potem – któż morze to przewidzieć – być może Duch Gór miałby również dla niego jakiś grosz na napiwek.

Reklama

Jak pomyślał tak uczynił. Pewnego pięknego dnia wziął laskę i czapkę ze ściany, powiesił lutnię na szyi i pełen dobrej myśli ruszył w góry. Droga wiodła przez górskie łąki i przez zacienione buczyny oraz zarośla ciemnych jodeł. Przeszedł może z tysiąc kroków, kiedy wokół niego zrobiło się jasno. Obok ciemnych pni jodeł zajaśniały nagle białe pnie wysmukłych brzóz, których listowie, jak delikatne, zielone woale poruszało się pomiędzy wierzchołkami jodeł. Mchy i suche igliwie jodłowe na ziemi zmieniły się w soczysto-zieloną trawę na wypielęgnowanych rabatkach, po środku których znajdowały się piękne grządki kwiatowe. Wysypano żwirem aleja wiodła do fontanny, która wyrzucała w powietrze strumienie wody przynosząc ochłodę. Siedem barw tęczy jaśniało w opadającej mgiełce maleńkich kropelek, na których południowe słońce grało swymi jasnymi promieniami. Nigdzie nie było nikogo widać. Prosta aleja osobliwie przystrzyżonych drzew prowadziła na taras jakiegoś pałacu z wysoko sklepionymi oknami i szerokimi wrotami. Białe marmurowe ściany lśniły w słonecznym blasku. Ale tu również nic się nie poruszało. Pałac wydawał się być opuszczonym przez właściciela i służbę.

Uczeń nie stracił rezonu z tego powodu. Wiedział, że Duch Gór zadrwił sobie w ten sposób już z wielu ludzi. Wziął swą lutnię do ręki, stanął naprzeciw wysokiego portalu w ogrodzie, nabrał powietrza i przerwał spokój ogrodu swym okropnym śpiewem i graniem. Zaledwie skończył pierwszą strofę swej piosenki, kiedy pewien wytworny pan otworzył wrota pałacu, wyszedł na werandę i zapytał go bardzo uprzejmie i taktownie czego sobie życzy. „Sługa uniżony, miłościwy panie” odparł młodzieniec. „Przyszedłem ty z życzliwości, aby wielmożnemu panu zagrać i pozwolić słuchać mojej sztuki” i nie czekając na odpowiedź ponownie uderzył w struny. Właściciel pałacu pozwolił mu na to łaskawie i oparłszy się o balustradę tarasu przysłuchiwał się jego grze z widocznym skupieniem. Kiedy młodzieniec skończył granie, wyjął on srebrny gwizdek, jaki nosił na szyi zawieszony na jedwabnym sznurku i dmuchnął weń cztery razy. Gwizdek zabrzmiał tak delikatnie i dźwięcznie, iż młodzieniec myślał, że usłyszał trele skowronka gdzieś w górze. Ledwie przebrzmiał ostatni ton, jak z pałacu wyszło czterech muzykantów ze swoimi instrumentami. Usiedli na tarasie i zaczęli grać. Student odłożył swą lutnię i słuchał z otwartymi ustami czarownych dźwięków. Muzyka bowiem brzmiała tak delikatnie, jakby w łagodną noc majową elfy unosiły się w tańcu nad kwiecistą łąką, niczym radosne okrzyki i lament słowika w blasku księżyca, tak słodko jak zapach wiatru, który w promieniach wschodzącego słońca otwiera kielichy kwiatów. Potem tony wezbrały na sile jakby naraz grało 1000 muzykantów na skrzypcach, fletach, trąbkach i puzonach. Młodzieniec myślał jednak, że słyszy szum i huk górskich potoków na wiosnę, jakby wiosenny wiatr szumiał w koronach drzew i powalał na ziemię spróchniałe i zgniłe pnie. Potem melodia wznosiła się z głębi ku górze, uduchowieniem ludzkości, jej troski i kłopotów i jej zwycięskiego pochodu przez tysiąclecia.

Reklama

Zanim jeszcze przebrzmiały ostatnie tony, młodzieniec zawiesił lutnię na ramieniu i głęboko zawstydzony chciał odejść. Nagle muzyka ucichła. Pan pałacu odwrócił się i zawołał na niego, aby jeszcze został chwilę. „Zadałeś sobie trud z mojego powodu” rzekł do młodzieńca „ nie powinieneś mówić, że puściłem cię bez zapłaty. Podejdź do tamtego drzewa. Wisi na nim wiele wieńców. Weź sobie jeden z nich do domu i na przyszłość naucz się czegoś lepszego”.

Głęboko zawstydzony młodzieniec podszedł do drzewa i wybrał sobie spośród wiszących na nim wieńców ten, który wydał mu się najgorszy.

Reklama

Kiedy potem w swoim domu chciał go powiesić na ścianie jako stałe wspomnienie minionej pychy, wieniec w jego rękach stał się tak ciężki, że nie mógł go unieść do góry. Liście wieńca zamieniły się bowiem w złoto a kwiaty w lśniące szlachetne kamienie.

 

 

 wg „Schlesische Sagen” von Walter Kublank, Verlag von Peter J. Oestergaard, Berlin – Schoneberg 1930 r. oprac. Andrzej Paczos. 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo 24jgora.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości