Naiwny muzykant
Pośród młodzieńców na Śląsku był kiedyś pewien chłopak, który uważał, że potrafi śpiewać i grać na swej lutni lepiej od innych. Kiedy siedzieli w wesołej gromadzie przy kielichu i śpiewali wesołe piosenki, wtedy pozwalał sobie tak donośnie śpiewać i uderzał z taką siłą w struny, że każdy musiał zwrócić na niego uwagę. Nikt mu w tym nie przeszkadzał, ale umacniano go w jego naiwnym mniemaniu i mówiono mu z zacnymi minami, że jest wielkim muzykiem, który jeszcze rozsławi Śląsk.
Chłopak był zadowolony ze swych umiejętności. W końcu przyszło mu do głowy, że powinien je zaprezentować przed Duchem Gór. Władca Karkonoszy pomógł już tak wielu biedakom w potrzebie. Dlaczegóż, więc nie miał by sprawić Duchowi trochę przyjemności? Jego gra powinna być przyjemnością również dla Ducha Gór – o tym jego naiwne serce było mocno przekonane. A potem – któż morze to przewidzieć – być może Duch Gór miałby również dla niego jakiś grosz na napiwek.
Jak pomyślał tak uczynił. Pewnego pięknego dnia wziął laskę i czapkę ze ściany, powiesił lutnię na szyi i pełen dobrej myśli ruszył w góry. Droga wiodła przez górskie łąki i przez zacienione buczyny oraz zarośla ciemnych jodeł. Przeszedł może z tysiąc kroków, kiedy wokół niego zrobiło się jasno. Obok ciemnych pni jodeł zajaśniały nagle białe pnie wysmukłych brzóz, których listowie, jak delikatne, zielone woale poruszało się pomiędzy wierzchołkami jodeł. Mchy i suche igliwie jodłowe na ziemi zmieniły się w soczysto-zieloną trawę na wypielęgnowanych rabatkach, po środku których znajdowały się piękne grządki kwiatowe. Wysypano żwirem aleja wiodła do fontanny, która wyrzucała w powietrze strumienie wody przynosząc ochłodę. Siedem barw tęczy jaśniało w opadającej mgiełce maleńkich kropelek, na których południowe słońce grało swymi jasnymi promieniami. Nigdzie nie było nikogo widać. Prosta aleja osobliwie przystrzyżonych drzew prowadziła na taras jakiegoś pałacu z wysoko sklepionymi oknami i szerokimi wrotami. Białe marmurowe ściany lśniły w słonecznym blasku. Ale tu również nic się nie poruszało. Pałac wydawał się być opuszczonym przez właściciela i służbę.
Uczeń nie stracił rezonu z tego powodu. Wiedział, że Duch Gór zadrwił sobie w ten sposób już z wielu ludzi. Wziął swą lutnię do ręki, stanął naprzeciw wysokiego portalu w ogrodzie, nabrał powietrza i przerwał spokój ogrodu swym okropnym śpiewem i graniem. Zaledwie skończył pierwszą strofę swej piosenki, kiedy pewien wytworny pan otworzył wrota pałacu, wyszedł na werandę i zapytał go bardzo uprzejmie i taktownie czego sobie życzy. „Sługa uniżony, miłościwy panie” odparł młodzieniec. „Przyszedłem ty z życzliwości, aby wielmożnemu panu zagrać i pozwolić słuchać mojej sztuki” i nie czekając na odpowiedź ponownie uderzył w struny. Właściciel pałacu pozwolił mu na to łaskawie i oparłszy się o balustradę tarasu przysłuchiwał się jego grze z widocznym skupieniem. Kiedy młodzieniec skończył granie, wyjął on srebrny gwizdek, jaki nosił na szyi zawieszony na jedwabnym sznurku i dmuchnął weń cztery razy. Gwizdek zabrzmiał tak delikatnie i dźwięcznie, iż młodzieniec myślał, że usłyszał trele skowronka gdzieś w górze. Ledwie przebrzmiał ostatni ton, jak z pałacu wyszło czterech muzykantów ze swoimi instrumentami. Usiedli na tarasie i zaczęli grać. Student odłożył swą lutnię i słuchał z otwartymi ustami czarownych dźwięków. Muzyka bowiem brzmiała tak delikatnie, jakby w łagodną noc majową elfy unosiły się w tańcu nad kwiecistą łąką, niczym radosne okrzyki i lament słowika w blasku księżyca, tak słodko jak zapach wiatru, który w promieniach wschodzącego słońca otwiera kielichy kwiatów. Potem tony wezbrały na sile jakby naraz grało 1000 muzykantów na skrzypcach, fletach, trąbkach i puzonach. Młodzieniec myślał jednak, że słyszy szum i huk górskich potoków na wiosnę, jakby wiosenny wiatr szumiał w koronach drzew i powalał na ziemię spróchniałe i zgniłe pnie. Potem melodia wznosiła się z głębi ku górze, uduchowieniem ludzkości, jej troski i kłopotów i jej zwycięskiego pochodu przez tysiąclecia.
Zanim jeszcze przebrzmiały ostatnie tony, młodzieniec zawiesił lutnię na ramieniu i głęboko zawstydzony chciał odejść. Nagle muzyka ucichła. Pan pałacu odwrócił się i zawołał na niego, aby jeszcze został chwilę. „Zadałeś sobie trud z mojego powodu” rzekł do młodzieńca „ nie powinieneś mówić, że puściłem cię bez zapłaty. Podejdź do tamtego drzewa. Wisi na nim wiele wieńców. Weź sobie jeden z nich do domu i na przyszłość naucz się czegoś lepszego”.
Głęboko zawstydzony młodzieniec podszedł do drzewa i wybrał sobie spośród wiszących na nim wieńców ten, który wydał mu się najgorszy.
Kiedy potem w swoim domu chciał go powiesić na ścianie jako stałe wspomnienie minionej pychy, wieniec w jego rękach stał się tak ciężki, że nie mógł go unieść do góry. Liście wieńca zamieniły się bowiem w złoto a kwiaty w lśniące szlachetne kamienie.
wg „Schlesische Sagen” von Walter Kublank, Verlag von Peter J. Oestergaard, Berlin – Schoneberg 1930 r. oprac. Andrzej Paczos.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze