Reklama

Sąd umorzył sprawę jelenia Bartka bez procesu. Pomimo tego, że oskarżony mataczył, był w pobliżu i chwilę po strzale zakończył polowanie.

Kto zastrzelił jelenia Bartka w Szklarskiej Porębie? Po dwóch i pół roku nadal nie wiadomo. Sąd Rejonowy w Jeleniej Górze umorzył postępowanie przeciwko myśliwemu wskazanemu przez Fundację „Niech Żyją!”, zanim rozpoczął się właściwy proces. Najbardziej zastanawiające jest jednak uzasadnienie tej decyzji. Sąd z jednej strony uznał, że podstaw do oskarżenia nie ma, a z drugiej sam opisał cały szereg okoliczności obciążających mężczyznę: jego obecność w miejscu i czasie zdarzenia, samochód pozostawiony w pobliżu, zakończenie polowania chwilę po strzale oraz zachowanie określone wprost jako „mataczenie”.

Sprawa śmierci jelenia Bartka rozpoczęła się późnym wieczorem 17 grudnia 2023 roku przy ulicy Piastowskiej w Szklarskiej Porębie Dolnej. Jeden z mieszkańców usłyszał strzał, a następnie zobaczył śmiertelnie ranne zwierzę. W pobliżu znajdował się mężczyzna, który przedstawił się jako myśliwy i tłumaczył, że poluje na dziki.

"Bartek" nie był przypadkowym jeleniem, którego obecność zauważono dopiero po śmierci. Od lat pojawiał się w pobliżu domów, był rozpoznawany i fotografowany przez mieszkańców. Nie bał się ludzi. Właśnie ta ufność prawdopodobnie sprawiła, że stał się łatwym celem. Od początku nie chodziło zresztą wyłącznie o śmierć zwierzęcia. Strzał oddano w sąsiedztwie zabudowań. Gdyby kula poleciała inaczej, sprawa mogła mieć znacznie tragiczniejszy finał. Dlatego zabicie Bartka wywołało nie tylko oburzenie, ale również pytania o bezpieczeństwo mieszkańców oraz o to, czy w granicach miasta ktoś urządził sobie nocne polowanie bez oglądania się na przepisy i zdrowy rozsądek.

Reklama

Sąd przyznał, że poszlaki nie były błahe

Fundacja „Niech Żyją!” przez ponad dwa lata próbowała doprowadzić do sądowego wyjaśnienia sprawy. Ostatecznie skierowała akt oskarżenia przeciwko konkretnemu myśliwemu. Do rozprawy jednak nie doszło. Sąd uznał, że materiał nie daje podstaw do prowadzenia procesu. Nie oznacza to uniewinnienia. Nie przesłuchano świadków na rozprawie, nie skonfrontowano ich relacji i nie przeprowadzono pełnej analizy dowodów przed sądem. Sprawę zamknięto na wcześniejszym etapie.

I właśnie tutaj pojawia się największa wątpliwość.

Reklama

Z uzasadnienia wynika, że oskarżony polował tej nocy w tym samym sektorze, w którym zginął Bartek. W pobliżu miejsca zdarzenia znajdował się jego samochód. Sąd przyznał, że zgromadzone dowody w znacznym stopniu uprawdopodobniają jego obecność w okolicy w chwili oddania strzału. To jeszcze nie wszystko. Krótko po zabiciu jelenia myśliwy zakończył polowanie w elektronicznej aplikacji. Później kontakt z nim miał być utrudniony. Sąd uznał również, że oskarżony wiedział o zdarzeniu i jego możliwych konsekwencjach. W odniesieniu do jego zachowania podczas rozmów telefonicznych użył słowa „mataczył”.

Nie są to dowody pozwalające automatycznie przypisać komuś zabicie zwierzęcia. Ale trudno też uznać je za nieistotne. Jeżeli sąd musi szczegółowo analizować miejsce pobytu, rozmowy telefoniczne, zeznania świadków, czas zakończenia polowania i zachowanie oskarżonego, to trudno mówić o sytuacji całkowicie oczywistej. W praktyce sąd wykonał znaczną część pracy, która zwykle odbywa się podczas procesu: ocenił dowody, ich wiarygodność i znaczenie. Tyle że zrobił to bez rozprawy.

Reklama

Pocisk nie pasował do broni myśliwego

Najmocniejszym argumentem przemawiającym na korzyść oskarżonego była opinia balistyczna. Pocisk wydobyty z ciała Bartka nie został wystrzelony z żadnej z legalnie posiadanych przez niego sztuk broni. To poważny dowód i nie można go bagatelizować. Nie znaleziono również potwierdzenia, że mężczyzna posiadał inną broń albo miał do niej dostęp. Żaden ze świadków nie rozpoznał go także jako człowieka stojącego bezpośrednio przy rannym jeleniu.

Balistyka wykluczyła jednak konkretną broń, a nie samą osobę. Z faktu, że pocisk nie pochodził z zabezpieczonych jednostek, nie wynika jeszcze automatycznie, że oskarżony nie mógł oddać strzału z innej broni. Taka wersja wymagałaby oczywiście dowodów, których w sprawie zabrakło. Różnica między „nie udowodniono, że miał inną broń” a „ustalono, że nie mógł jej mieć” pozostaje jednak zasadnicza.

Reklama

Jeszcze bardziej dyskusyjna jest argumentacja sądu dotycząca sposobu działania kłusowników. W uzasadnieniu pojawia się rozumowanie, że oskarżony był legalnie polującym myśliwym, zgłosił swoją obecność w sektorze, a kłusownicy zazwyczaj starają się zachować anonimowość. Sąd uznał więc, że nie miałoby sensu, aby człowiek posiadający legalną broń korzystał z nielegalnej i strzelał w pobliżu zabudowań. Brzmi logicznie, dopóki nie przypomnimy sobie, że ludzie łamiący prawo nie zawsze zachowują się logicznie. Gdyby każdy sprawca działał rozsądnie, nie zostawiał śladów i nie popełniał błędów, znaczna część kryminalistyki byłaby niepotrzebna. Kłusownik nie przychodzi z instrukcją obsługi i regulaminem zachowania incognito. Taki argument może być przedstawiany przez obronę podczas procesu, ale trudno uznać go za dowód przesądzający o „oczywistym” braku podstaw oskarżenia.

To raczej hipoteza o tym, jak powinien zachowywać się racjonalny kłusownik, niż twardy dowód. Taki argument mógłby zostać przedstawiony przez obronę na rozprawie. Trudniej zrozumieć, dlaczego miał przesądzać o zamknięciu sprawy, zanim rozprawa w ogóle się rozpoczęła.

Reklama

Sąd Najwyższy niejednokrotnie wskazywał, że umorzenie na tej podstawie powinno następować tylko wtedy, gdy żaden z dowodów nie wskazuje na prawdopodobieństwo popełnienia czynu przez oskarżonego. „Oczywistość” należy interpretować ściśle. Jeżeli prawidłowe ustalenie faktów wymaga wieloaspektowej analizy i krytycznej oceny materiału, sprawa powinna zostać rozpoznana na rozprawie.

Sąd wyręczył obronę? Sprawa zamknięta, pytania pozostały

Pytanie „czy sąd wyręczył obronę?” nie bierze się z samego faktu umorzenia sprawy, lecz ze sposobu, w jaki uzasadniono tę decyzję. Sąd nie poprzestał na stwierdzeniu, że materiał dowodowy jest zbyt słaby. Sam zaczął tłumaczyć, dlaczego oskarżony miałby nie mieć powodu używać innej broni, dlaczego kłusownik powinien działać anonimowo i dlaczego jego zachowanie można interpretować na jego korzyść. To argumenty, które naturalnie mogłyby paść z ust obrońcy podczas procesu. Tymczasem zostały przyjęte przez sąd jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy, mimo że ten sam sąd opisał obecność myśliwego w pobliżu, zakończenie polowania krótko po strzale i jego „mataczenie” w rozmowach. 

Reklama

Z punktu widzenia oskarżonego rozstrzygnięcie jest korzystne i zrozumiałe: nie można stawiać kogoś przed sądem wyłącznie dlatego, że był w pobliżu i zachowywał się podejrzanie. Ciężar udowodnienia winy spoczywa na oskarżycielu, a wątpliwości nie mogą zastępować dowodów. Z punktu widzenia opinii publicznej pozostaje jednak niepokojący obraz. W pobliżu domów pada strzał. Ginie znane mieszkańcom zwierzę. W tej samej okolicy legalnie poluje myśliwy, którego samochód znajduje się niedaleko, który chwilę później kończy polowanie, wie o zdarzeniu i – według samego sądu – mataczy w rozmowach. Pocisk nie pasuje jednak do jego broni, a sprawa kończy się bez procesu.

Najłatwiej powiedzieć, że dowodów zabrakło. Trudniej odpowiedzieć, dlaczego zabrakło ich w sprawie, w której od pierwszych godzin liczyło się szybkie zabezpieczenie miejsca zdarzenia, broni, nagrań, dokumentacji polowania i wszystkich możliwych śladów. 

Reklama

Jeleń został nielegalnie zastrzelony. Człowiek, który oddał strzał, nadal ma pozostać nieznany. I to jest dziś jedyne rozstrzygnięcie, którego można być całkowicie pewnym.

Sąd umorzył sprawę jelenia Bartka bez procesu. Pomimo tego, że oskarżony mataczył, był w pobliżu i chwilę po strzale zakończył polowanie.

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/07/2026 13:17
Reklama

Reklama

Wideo 24jgora.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości