Katastrofa ekologiczna na Jeziorze Pilchowickim i rzece Bóbr wstrząsnęła mieszkańcami regionu. Skala zniszczeń jest bezprecedensowa – z wody wydobyto od około 10 do nawet 23 ton śniętych ryb, a obrazy brunatnego szlamu płynącego Bobrem obiegły całą Polskę. To wydarzenie, które domaga się rzetelnego wyjaśnienia i wskazania odpowiedzialnych.
Jednak z każdym kolejnym dniem coraz wyraźniej widać, że tragedia przestaje być wyłącznie problemem ekologicznym. Staje się również elementem politycznego i ideowego sporu.
Pierwszymi politykami, którzy pojawili się na miejscu, byli posłowie Prawa i Sprawiedliwości – Przemysław Czarnek, Szymon Pogoda, Anna Zalewska i Marzena Machałek. 6 lipca podczas konferencji prasowej ocenili skalę zniszczeń, krytykowali działania rządu i domagali się wyjaśnienia okoliczności katastrofy.
Kilka dni później, 11 lipca, przy zaporze odbyła się manifestacja organizowana przez Towarzystwo Przyrodnicze „Rojsty”. Jest to stowarzyszenie z siedzibą w Toruniu, działające od 2015 roku i zajmujące się ochroną mokradeł, rzek oraz opiniowaniem inwestycji oddziałujących na środowisko. Nie jest to organizacja wywodząca się z Dolnego Śląska ani związana z lokalnymi strukturami społecznymi.
Samo pojawienie się organizacji ekologicznej nie powinno dziwić. Katastrofa tej skali naturalnie przyciąga uwagę środowisk zajmujących się ochroną przyrody. Pytanie brzmi jednak, dlaczego ogólnopolska mobilizacja nastąpiła dopiero po blisko dwóch tygodniach od kulminacji wydarzeń oraz dlaczego dyskusja zaczęła coraz bardziej koncentrować się na sporze o przyszłość zapór i politykę wodną państwa, a coraz mniej na odpowiedzialności za konkretne decyzje podjęte podczas opróżniania zbiornika.
W petycji przygotowanej przez stowarzyszenie znalazły się postulaty wykraczające daleko poza samą katastrofę w Pilchowicach. Obejmują one m.in. przegląd funkcjonowania zbiorników zaporowych, zmianę przepisów dotyczących inwestycji hydrotechnicznych oraz nową strategię gospodarowania wodami. Są to ważne tematy, jednak oznaczają, że tragedia z Doliny Bobru staje się punktem wyjścia do znacznie szerszej debaty o polityce państwa.
Równocześnie trudno nie zauważyć nieobecności przedstawicieli rządu w miejscu katastrofy. O ile na miejscu pojawili się parlamentarzyści opozycji, o tyle do czasu publikacji artykułu nie było szeroko komunikowanej wizyty przedstawicieli Ministerstwa Klimatu i Środowiska ani Ministerstwa Infrastruktury. Ta luka została szybko wypełniona przez organizacje społeczne, media i polityków, którzy zaczęli nadawać ton publicznej dyskusji.
Nie oznacza to oczywiście, że organizacje ekologiczne nie mają prawa zabierać głosu. Wręcz przeciwnie – społeczna kontrola działań państwa jest jednym z fundamentów demokratycznego państwa prawa. Jednak równie ważne jest zachowanie proporcji. W centrum debaty powinny pozostać odpowiedzi na podstawowe pytania: czy przestrzegano warunków decyzji administracyjnych, dlaczego doszło do tak ogromnego przekroczenia parametrów zawiesiny, czy właściwie zabezpieczono ryby i dlaczego reakcja odpowiedzialnych instytucji była tak późna.
Mieszkańcy Doliny Bobru nie oczekują kolejnej odsłony politycznej wojny ani ideologicznego sporu o model gospodarki wodnej. Oczekują przede wszystkim ustalenia faktów, wskazania odpowiedzialnych i gwarancji, że podobna katastrofa nigdy więcej się nie powtórzy.
Bo jeżeli tragedia, która zniszczyła fragment jednego z najcenniejszych ekosystemów regionu, zostanie zapamiętana głównie jako kolejny front politycznej walki, będzie to oznaczało, że po raz drugi przegranym okaże się przyroda.
Od katastrofy ekologicznej do politycznego sporu. Kto dziś mówi w imieniu Doliny Bobru?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Tusk z Niemcami wrzucił to błoto do jeziora.
Tusk z Niemcami wrzucił to błoto do jeziora.