Wśród licznych tajemnic Dolnego Śląska znajduje się historia linii kolejowej łączącej Mirsk z czeskimi Jindřichovicami pod Smrkem. Choć dziś niemal zapomniana, dawniej pełniła kluczową rolę w transporcie i handlu, a jej losy owiane są aurą niezwykłych wydarzeń.
Kolej dotarła do Mirska 1 listopada 1884 roku, gdy przy peronie zatrzymał się pierwszy pociąg z Gryfowa Śląskiego. Rozwój gospodarczy regionu sprawił, że w 1904 roku przedłużono linię do granicy czeskiej, tworząc połączenie z Frýdlantskimi Kolejami Powiatowymi. Nowe tory wiodły starożytnym szlakiem handlowym, którym od wieków podążali kupcy i pielgrzymi zmierzający do Sanktuarium Maryjnego w Hejnicach.
Mimo oficjalnego połączenia, pasażerowie na stacji w Jindřichovicach musieli się przesiadać – oficjalnym powodem była rzekomo zbyt duża masa pruskich lokomotyw, które miały nie nadawać się do lżejszej infrastruktury czeskiej kolei. Czy była to jednak jedyna przyczyna? A może istniały ukryte powody tego rozwiązania?
W okresie międzywojennym linia kolejowa stała się świadkiem wielu zmian politycznych. Po aneksji Sudetów przez III Rzeszę w 1938 roku znalazła się pod kontrolą niemieckich kolei, a liczba kursów wzrosła z sześciu do dziewięciu dziennie. Jednak pod koniec II wojny światowej ruch ustał, a tory uległy zniszczeniu – choć nie na tyle, by nie dało się ich szybko naprawić.
Najbardziej tajemnicza historia związana z linią kolejową Mirsk – Jindřichovice pod Smrkem mówi o sześciu niemieckich lokomotywach, które w 1945 roku dotarły na stację w Pobiednej i tam zastał je koniec wojny. Według czeskiej legendy Polacy nie byli zainteresowani wznowieniem połączenia. Jednak polska wersja tej historii jest bardziej intrygująca – ponoć czescy kolejarze pod osłoną nocy wywieźli parowozy do swojego kraju, a następnie, aby uniemożliwić ich odbiór, błyskawicznie rozebrali tory.
Dziś ślady tej nieistniejącej linii można odnaleźć na trasie dawnego połączenia. W Jindřichovicach wciąż można natrafić na fundamenty historycznej obrotnicy kolejowej i podkłady torowe sprzed ponad wieku. Wzdłuż dawnej trasy zachowały się również pruskie znaczniki kilometrowe, które prowadzą aż do stacji Pobiedna.
Linia kolejowa Mirsk – Jindřichovice pod Smrkem to jeden z tych fragmentów historii Karkonoszy, które wciąż kryją wiele tajemnic. Jej losy – od świetności, przez wojenne intrygi, po całkowite zapomnienie – czynią ją fascynującą opowieścią dla miłośników historii i zagadek Dolnego Śląska.
Właśnie przeczytaliście kolejny artykuł w ramach cyklu Tajemnicze Karkonosze. Zobaczcie więcej - 24jgora.pl/tajemniczekarkonosze
# Tajemnicze Karkonosze : Czesi ukradli nam lokomotywy??
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo fajna historia! Więcej takich opowieści proszę!
Jest jeszcze inna wersja historii o lokomotywach. Wojska radzieckie rozpoczęły demontowanie trakcji oraz jednego toru na odcinku Lubań-Jelenia Góra. Aby utrudnić dewastowanie i grabież infrastruktury polscy kolejarze z Gryfowa pod osłoną nocy wywieźli wszystkie lokomotywy znajdujące na stacji. W Gryfowie znajdowała się mała lokomotywownia wraz z obrotnicą i punktem obrządzania parowozów. Na stacji miały stać też dwie lokomotywy elektryczne przeznaczone do wywiezienia do Związku Radzieckiego. Polscy kolejarze dojechali lokomotywami (4parowozy i 2elektrowozy) do Pobiednej. Jednak ruskie zaczęli szukać tych lokomotyw po okolicy i było wiadomo że je znajdą. Polacy dogadali się z Czechami którzy zabrali je dalej. Podobno i tak dwa elektrowozy wpadły potem w ruskie łapy. Parowozy zostały na czeskiej kolei i służyły jeszcze kilka lat. Nawet gdzieś krążyło zdjęcie przedstawiające parowóz z Gryfowa na czeskim szlaku. Ale czy to też była legenda? Odcinek graniczny rozebrano jak inne odcinki na których nie planowano przejścia granicznego. Pociągi towarowe, którymi wywożono drewno docierały do Pobiednej jeszcze do końca lat 80. Torowisko rozebrano w 91r.
Fajna historia. Tylko że Karkonosze kończą się w Jakuszycach. Dalej na zachód to Góry Izerskie.
Bardzo fajna historia! Więcej takich opowieści proszę!
Jest jeszcze inna wersja historii o lokomotywach. Wojska radzieckie rozpoczęły demontowanie trakcji oraz jednego toru na odcinku Lubań-Jelenia Góra. Aby utrudnić dewastowanie i grabież infrastruktury polscy kolejarze z Gryfowa pod osłoną nocy wywieźli wszystkie lokomotywy znajdujące na stacji. W Gryfowie znajdowała się mała lokomotywownia wraz z obrotnicą i punktem obrządzania parowozów. Na stacji miały stać też dwie lokomotywy elektryczne przeznaczone do wywiezienia do Związku Radzieckiego. Polscy kolejarze dojechali lokomotywami (4parowozy i 2elektrowozy) do Pobiednej. Jednak ruskie zaczęli szukać tych lokomotyw po okolicy i było wiadomo że je znajdą. Polacy dogadali się z Czechami którzy zabrali je dalej. Podobno i tak dwa elektrowozy wpadły potem w ruskie łapy. Parowozy zostały na czeskiej kolei i służyły jeszcze kilka lat. Nawet gdzieś krążyło zdjęcie przedstawiające parowóz z Gryfowa na czeskim szlaku. Ale czy to też była legenda? Odcinek graniczny rozebrano jak inne odcinki na których nie planowano przejścia granicznego. Pociągi towarowe, którymi wywożono drewno docierały do Pobiednej jeszcze do końca lat 80. Torowisko rozebrano w 91r.
Fajna historia. Tylko że Karkonosze kończą się w Jakuszycach. Dalej na zachód to Góry Izerskie.