Gdy dziś z peronu w Karpaczu znowu odjeżdżają pociągi, a gwar turystów miesza się z sygnałem lokomotywy, trudno nie pomyśleć o Rafale Gerstenie. O człowieku, który na długo przed tym, zanim samorządowcy zrobili sobie zdjęcia na tle odnowionych torów, twardo wierzył, że pociągi wrócą. I walczył o to jak lew.
Dla jednych był marzycielem. Dla innych – zawadą, bo potrafił bez litości punktować nietrafione decyzje, lokalne patologie czy bezczynność. Ale dla wielu mieszkańców Karpacza pozostanie przede wszystkim społecznikiem z krwi i kości, który nie godził się na rozpad lokalnego dziedzictwa.
To on – razem z garstką zapaleńców – zbudował Karkonoskie Drezyny Ręczne. Wielu się śmiało: co to za atrakcja, pchać wagonik po zarośniętych torach? A jednak te drezyny okazały się nie tylko turystycznym hitem, ale przede wszystkim symbolicznym znakiem oporu. Zamiast czekać, aż „ktoś coś zrobi”, Rafał zrobił coś sam. Pokazał, że tory wciąż mogą żyć. Że nie wszystko musi skończyć się wyprzedażą, dewastacją i zapomnieniem.
Dzięki jego uporowi i determinacji budynek zabytkowego dworca i tereny kolejowe nie trafiły w ręce prywatnego przedsiębiorcy. Gdy wielu chciało już „machnąć ręką” i spisać wszystko na straty, on stawał okoniem – bo wiedział, że utrata tego miejsca to byłaby nie tylko strata architektoniczna, ale też tożsamościowa.
Jego walkę o zachowanie karpackiego dworca niektórzy traktowali jak fanaberię. Dziś ten odnowiony budynek jest jednym z najcenniejszych elementów miejskiej przestrzeni – i żyje. Gdyby nie determinacja Gerstena, zapewne stałby się kolejną ruiną albo sklepem z chińszczyzną.
Rafał Gersten nie był człowiekiem łatwym. Był bezkompromisowy, czasem ostry, czasem niewygodny. Pojawiał się tam, gdzie inni bali się zajrzeć – także w miejscach, gdzie lokalne układy nie lubiły światła. Miał odwagę mówić publicznie o rzeczach, które wielu wolałoby przemilczeć. Za swoją działalność zapłacił wysoką cenę – nie tylko politycznym ostracyzmem. Gdy w 2017 roku podpalono jego wagon kolejowy, w którym mieszkał, nie dało się tego uznać za zwykły przypadek. Do dziś nie znaleziono sprawców.
Zmarł nagle w 2019 roku. Nie doczekał tego, o co walczył przez lata. Nie usłyszał znów stukotu kół na trasie Jelenia Góra – Karpacz. Ale dzisiejszy widok pociągu pod Śnieżką to w pewnym sensie jego zwycięstwo. Bo gdyby nie jego praca u podstaw, nie jego drezyny, nie jego krzyk w obronie linii kolejowej, ta historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.
Rafał Gersten zostawił po sobie coś więcej niż zdjęcia i wspomnienia. Zostawił dowód, że jeden człowiek może zmienić bieg lokalnych spraw. Że warto być upartym. Warto się nie bać.
Może teraz, gdy znów można wsiąść w Karpaczu do pociągu, warto zastanowić się nad sposobem, w jaki jego imię mogłoby zostać godnie upamiętnione. Byłoby dobrze, gdyby nie była to kolejna martwa tablica, o której szybko się zapomina. Może istnieje inna, bardziej żywa forma, która oddałaby ducha jego działań i sprawiłaby, że pamięć o nim rzeczywiście zostanie z nami. To temat do rozmowy, do wspólnego namysłu – być może warto poszukać rozwiązania, które nie będzie tylko formalnością, ale autentycznym gestem wdzięczności wobec człowieka, dzięki któremu pociąg do Karpacza nie stał się jedynie wspomnieniem.
~Robert Kotecki~
Człowiek, który wierzył w powrót kolei do Karpacza. Wspomnienie o Rafale Gerstenie.