To słoneczne, wiosenne i derbowe popołudnie zgromadziło na gryfowskim stadionie dość liczną publikę, która na pewno nie mogła się nudzić przez całe 90 minut, ale po kolei.
Gryf wyszedł na murawę w całkiem mocnym składzie :
Opolski - T.Dąbrowa, Rodziewicz, Bursacki, Bryniak - Ptaszkowski, Gałka - Kozań, Roskowiński - Złocik, Serdeczny Ławka rez.: (Król, Koko, Adamski, M.Dąbrowa - ten ostatni zmienił Serdecznego w 75 minucie)
Od początku widoczne było ligowe doświadczenie, co prawda młodej, ale już bardziej zgranej i ogranej w okręgówce ekipy Gryfa. Lwówek był reprezentowany w większości przez młodzież, a mimo to przez pół godziny dzielnie się bronili.
Gospodarzom ewidentnie brakowało tego ostatniego podania, które otworzyłoby drogę do bramki naszym napastnikom. Częste wrzutki Bryniaka w pole karne wreszcie mogły zaowocować, gdy popularny "Meny" dorzucał piłkę z rzutu wolnego i ta dosłownie otarła się o słupek. W 20.minucie Lwówek był blisko otwarcia wyniku, kiedy to niespodziewanie piłkarze gości poszli z kontrą w stronę bramki Opolskiego i najpierw centymetrów zabrakło im do strzelenia gola, a następnie było blisko podyktowania rzutu karnego. Gryf nadal bił głową w mur, a niepocieszony Złocik nie dostawał zbyt dużo piłek.
Wreszcie, w 32.minucie piłkę ponownie z rzutu wolnego dorzucał Bryniak i tym razem głową przedłużył ją Robert Rodziewicz, który umieścił piłkę w siatce i sprawił sobie najlepszy urodzinowy prezent...bo wiecie - jaka liga, taki Kamil Glik. Oczywiście, piszący te słowa, nie omieszkał głośno oznajmić miastu, kto dzisiaj strzela gole. Nasz grający trener tego dnia, poza golem prezentował się naprawdę solidnie. Parę minut później piłkarze Czarnych przedarli się lewą stroną boiska i już mieli wyjść sam na sam z Opolskim, ale właśnie Rodziewicz idealnie wybrał piłkę spod nóg jednego z zawodników gości. Pod koniec tej części meczu poturbowany został kilkukrotnie bramkarz gości, który musiał zejść z murawy.
Pierwsza połowa zakończyła się rezultatem 1-0 , ale trochę grząska murawa, niezbyt składne akcje gryfowian i broniący się lwówczanie skutecznie niweczyli nadzieję gryfowskich kibiców na podwyższenie wyniku.
W drugiej połowa gra była już bardziej otwarta . Dosłownie cztery minuty po gwizdku, piłka po akcji gryfowian zatrzymała się na linii bramkowej, ale obrońcy gości w ostatniej chwili ją wybili. W ósmej minucie tej części spotkania niebezpiecznie blisko pola karnego faulowali gospodarze i napędzili stracha Opolskiemu, bo okazję na zdobycie gola goście mieli naprawdę niezłą, ale na szczęście - piłka nie poszła w światło bramki. W środku pola niezwykle aktywny był Ptaszkowski, który raz z poświęceniem odbierał piłkę, a drugim razem efektownie ją rozgrywał. Po partnerującym mu Gałce, który wrócił po kilku latach do Gryfa, widać było, że odrobinę brakuje mu ogrania i dynamiki, ale to kwestia czasu w jego przypadku - za to walczył, ile mógł. Młody blok defensywny Gryfa nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Do spółki z Opolskim kasowali jakąkolwiek akcję Lwówka. Dobra - pora powrócić na murawę, bo teraz zaczęło się strzelanie!
W 18.minucie drugiej połowy z piłką popędził Serdeczny, a obok Złocik. Rysiek - nasz najlepszy strzelec, mógł z ostrego kąta próbować pokonać bramkarza, ale zdecydował się na miękką, górną wrzutkę w pole karne. Trybuny zamarły w przeszywającej ciszy, wpatrując się w składającego się do strzału Złocika, który trochę nożycami, a trochę pół-przewrotką huknął ze środka pola karnego wprost w okienko bramki Lwówka...i ten ułamek ciszy gryfowskiej publiki, który wyrażał niepohamowaną aprobatę w kierunku naszego poczciwego napastnika. Ręce (a u mnie i głośne gardło) same składały się do oklasków, które po chwili Złocik otrzymał. Nie ma co - gol "stadiony świata" . Poza tym trzeba docenić starania tego piłkarskiego wygi, który naprawdę ile mógł, tyle rozruszał gryfowski atak. Chwilę później Serdecznego zmienił Mateusz Dąbrowa, który wprowadził sporo ożywienia na prawym boku Gryfa, a przesunięty do przodu Bursacki miał zdecydowanie więcej okazji do inicjowania akcji ofensywnych. Gospodarze grali już na większym luzie i stwarzali sobie zdecydowanie więcej okazji.
Osiem minut przed końcem spotkania zakotłowało się pod bramką gości, a najbliżej stojący Złocik uderzył z bliska w bramkarza, który jeszcze pomógł w strzale i piłka zatrzepotała w siatce. 3-0 stało się faktem. Co i rusz zainicjować akcje próbował Kozań, jednak tego dnia nie dopisywało mu szczęście.
Zaledwie trzy minuty później analogiczna sytuacja i znowu udział gości w straconej bramce z bliska. 4-0 ustaliło wynik derbów , które wyjątkowo wysoko zostały rozegrane na korzyść gryfowian.
Wkrótce po meczu, w szatni zaśpiewaliśmy Robertowi Rodziewiczowi urodzinowe "sto lat", a następnie przyśpiewkę zwycięzców "grali sobie równo!". Widać było po nim dumę ze swoich podopiecznych i trochę skrywaną w sobie, nieopisaną radość - z wygranej i z urodzinowych życzeń. Właśnie takie sytuacje budują atmosferę w drużynie.
Najlepiej derby podsumował dzisiejszy nieobecny (pauzujący za kartki) kapitan Gryfa - Krzysztof Marzec : wiesz co, Pirlo, powiem Ci, że nie pamiętam, by Gryf w derbach tak wysoko wygrał ze Lwówkiem...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Do wiadomości Redakcji - autorem zdjęcia i artykułu jestem ja. Proszę to uszanować, a wcześniej, dla jasności i przyzwoitości - proszę sprawdzić. Pozdrawiam
Do wiadomości Redakcji - autorem zdjęcia i artykułu jestem ja. Proszę to uszanować, a wcześniej, dla jasności i przyzwoitości - proszę sprawdzić. Pozdrawiam